
Po polsku anemone to po prostu zawilec, delikatny, dziki kwiat, ale możliwy do uprawy, kiedyś stosowany w lecznictwie ludowym, w nieodpowiednich dawkach lub źle przygotowany może być toksyczny.
To film, dzięki któremu można oglądać Daniela Day-Lewisa po 8-letniej przerwie. Jeśli założeniem tej produkcji była promocja własnego syna i wprowadzenie go na reżysersko-scenopisarskie salony, trudno – przyjmuję ten nepotyzm z wdzięcznością. Dawajcie więcej Daniela, chłop miał już nie grać, nie miał dłuższej niż 5 lat przerwy, a tu taki występ. Przyjmuję z wdzięcznością, może to ostatni raz? Film jak na razie jest finansową klapą, co przy jego artystycznej jakości wydaje się szczególnie gorzkie. Wizualnie, dźwiękowo, w sposobie opowiadania historii i oddawania subtelności relacji – to wszystko naprawdę wciąga, i myślę, nie tylko mnie lubiącą nudne filmy.

Obejrzałam go w samolocie, na skrajnie małym ekranie i z hałasem w tle, co jest grzechem i na pewno czeka na mnie specjalne miejsce w piekle za to, zaraz obok osób, które dodają śmietany do carbonary albo utrudniają jazdę na suwak. Do zobaczenia.
Film niemal całkowicie należy do Daniela Day-Lewisa. Można się pokusić o stwierdzenie, że jest to bliskie teatrowi jednego aktora, aczkolwiek Daniel (Ray) nie stworzyłby tak pochłaniającej postaci bez wsparcia Seana Beana, który jest rewelacyjny. Obaj wyglądają jakby Mistrz Czas szarpał ich z niewielką litością i to ma swoją emanację w mocy i wyrazistości ich postaci. Dawajcie więcej pięknie dojrzałych aktorów.
Sean (Jem) i Daniel (Ray) to bracia, którzy spotykają się po 20 latach. Jem zostawia w mieście rodzinę i udaje się motorem, a następnie pieszo przez las. To nie jest powieść drogi jak The Straight Story Lyncha, ale gęsta opowieść o żywej, nierozerwalnej i w istocie swojej niezmiennej relacji między braćmi. Jem potrzebuje, aby Ray wrócił na chwilę do swojej porzuconej ongiś dziewczyny i ich nastoletniego syna, którego toczą młodzieńcze, a za chwilę może nawet młodociane problemy. Ray po swoich 20 latach w odosobnieniu nie jest skory ani do oderwania się od patrzenia w deszcz ani od rąbania drewna, ani do budowania relacji ze swoim bratem. Ich rozmowy opierają się głównie na nieustępliwym i przekonującym powtarzaniu “fuck off”, chyba częściej niż padało w “Sukcesji”.

Są w filmie też momenty ciszy, a raczej braku dialogu, wypełnione przejmującymi surowymi obrazami, często nierealnymi, widzianymi oczami szaleńca, czasem poetyckimi, nie kojącymi. Przyroda i jej objawy pogodowe to nasz kolejny cichy aktor niewymieniony w obsadzie, a bez deszczu, burzy gradowej, lodowatego wiatru od morza, złowieszczej rzeki czy błota trudno byłoby o finalny efekt. Brawo dla ludzi od efektów pogodowych.
Daniel w swojej leśnej samotni oprócz zionięcia niechęcią do świata zewnętrznego czuje się niesprawiedliwie zraniony i dogłębnie niezrozumiany. Przekonanie go do powrotu do porzuconej rodziny w kryzysie jest dla Jema zadaniem nie tyle trudnym, co niemożliwym. Ale bracia są ludźmi zaprawionymi w emocjonalnym boju, którzy nie odpuszczają, ani zadry, ani traumy, ani postawionego przed nimi zadania. Pamiętają wszystko, każda ich rana jest niezagojona i widoczna, nic się nie zabliźniło. Przebyte traumy plotą się i przejmująco wybrzmiewają szczególnie w monologach Raya.
To męski film, opowiada o nieumiejętności przeżywania bólu inaczej niż przez gniew i milczenie. Jem, starszy brat, który potrzebuje konkretnej akcji od Raya, daje temu drugiemu przestrzeń na wylanie wszystkich żalów, słusznych czy nie, cierpliwie dając mu czas, pozwalając z radykalną miłością naruszać swoje własne granice.
Ja miałam też w związku z obrazami skojarzenie z wieszczącym koniec i ciągle obecnym lewiatanem w “Królu” Twardocha, tu w filmie dwa razy pojawiają się oniryczne, złowieszcze obrazy i postaci, które są odklejone od rzeczywistości a jednocześnie tak realne jak udręka naszych bohaterów.

To film, w którym Jem mówi do Raya, krytykującego bezlitośnie wiarę: „Będziesz gnił w piekle”, a Ray odpowiada: „Dołączę zatem do rodzinnego spotkania”.
To kino zimne jak morski wiatr i czułe jak ktoś, kto mimo bycia odpychanym zostaje. Film o ludziach, którzy całe życie mówią innym „fuck off”, bo nigdy nie nauczyli się mówić „zostań, potrzebuję cię”.
