
Tak, to jest film o podróży, alegoria życia. Kadr, do którego bohaterowie wnoszą wszystko, co ich ukształtowało: swoje zranienia, relacyjne porażki i bagaż emocjonalny.
To opowieść o zaczynaniu, budowaniu i byciu w relacji świadomie z całym ciężarem własnych doświadczeń. Obraz nierealny, ale nie abstrakcyjny; poetycki, lecz nie przeromantyzowany.
W nieoczekiwaną podróż naszą dwójkę ślicznych bohaterów, Colina Farrella (Davida) i Margot Robbie (Sarah) wysyłają z wypożyczalni aut Kevin Kline oraz Phoebe Waller-Bridge (znana z Fleabag). W całym filmie przewija się, szczególnie kolorystycznie, nawiązanie do estetyki Wesa Andersona, co jest miłą niespodzianką.

Nasi 35-45-latkowie są z powoli odkrywających się powodów singlami, co zaskakuje. Nic, ani sposób, w jaki rozmawiają, ani przede wszystkim jak są atrakcyjni, pewni siebie i osadzeni w swoich rzeczywistościach nie mogłoby w realnym życiu wskazywać na to, że są osobami niesparowanymi. Spotykają się w wygodnym momencie: są wolni, zaciekawieni i pozornie otwarci na relację i wyraźnie ku sobie ciążą. Jednocześnie istnieją jakby poza codziennością – bez rodzin, zobowiązań, szerszego kontekstu życia. Nie wiemy, czym się zajmują, jak żyją, oglądamy ich tylko w tym małym ograniczonym uniwersum ich budującej się relacji. Co dodaje uroku i romantyzmu, ale też odbiera sytuacji rzetelny rys.
O Sarah wiemy tyle, że jest spontaniczna. Unika brania odpowiedzialności za poważne relacje miłosne, ucieka przed miłością, nie angażuje się, gdy wszystko wskazuje na to, że powinna. Czasem wychodzi z takich sytuacji poprzez zdradę, kończąc definitywnie zacieśniający się związek. David natomiast jest spokojny, ale lubi wyzwania. Uwielbia uwodzić, czarować i zdobywać, ale po czasie nudzi się i traci do relacji serce. Oboje są ucieleśnieniem nietrwałości, a jednocześnie poszukiwania i potrzeby bycia z kimś.

Pojawia się coraz więcej wątków, które ich konstytuują, poznają się na tyle, na ile można poznać osobę w ciągu 2h, oglądającwspólnie ważne, ale wycinki ich życia. Tak właśnie się dzieje – każde z nich zaprasza drugie lub zostaje postawione przed sytuacją ze swojej przeszłości, którą mogą przeżyć razem. Coś jak koncepcja sięgania do swojego wewnętrznego dziecka, dla którego w trudnej, czy może nawet traumatycznej sytuacji możesz się stać odpowiedzialnym, opiekuńczym i bezpiecznym dorosłym, który zaopiekuje się tą sytuacją przynosząc kojącą ulgę.


Niepodobną w celowości, ale również pracę z drzwiami do alternatywnych miejsc mamy w The Adjustment Bureau (Władcy umysłów) z 2011 z Emily Blunt i Mattem Damonem. Tam para kochanków musi sobie zaufać bez ograniczeń, aby uciec przed siłami próbującymi ich rozdzielić. Dla fanów science-fiction i rom-comów propozycja idealna. A szczególnie interesująca dla tych, którzy lubią rozważać i kontemplować ideę przeznaczenia.
David i Sarah również mierzą się z pytaniem o przeznaczenie, czy są dla siebie stworzeni? Czy nie za dużo skrzywdzeń wniosą do tego spisanego być może na straty związku, który będzie piękny, ale i kosztowny? Zbyt kosztowny, aby mogli oboje być w pełni szczęśliwi?

Z koncepcją szczęścia ładnie tu scenarzysta (Seth Reiss) i reżyser (Kogonada) sobie poradzili, wprowadzając do narracji zamiast poczucia szczęścia jednak mniej wymagające oczekiwanie i odczucie zadowolenia, w którym można szukać momentów szczęścia. To przynosi naszym bohaterom odrobinę ulgi, czy jednak tyle wystarczy, aby zostać razem?
To, czego dla mnie zabrakło w tym filmie, aby nadać mu więcej trójwymiarowości, to że splatające się historie naszych bohaterów są osadzone w nicości. Są perfekcyjnie zawieszeni w bardzo długim, bo nieprzeżytym życiu, tylko po to, aby się spotkać i zacząć żyć żwawiej. Jak powiedział w jednym z wywiadów zmarły dwa dni temu nieodżałowany Wiesław Myśliwski czołowy przedstawiciel realizmu magiczno-egzystencjalnego w literaturze polskiej: „Nigdy nie czytam książek, jeśli z pierwszych kilkunastu (…) stron nie dowiem się, z czego żyją ich bohaterowie. Takie książki odkładam. Uważam, że pisarza obowiązuje pokazanie całego spectrum istnienia człowieka i dopiero wtedy może budować jego historię, jego miłość, jego tragedię.” Gdyby ten film był książką, to Myśliwski by ją odłożył. Ale ja nie jestem panem Wiesławem.

Nasza Podróż to czułe i życzliwe kino, takie, w którym możesz szukać, ale i dać się znaleźć.
W którym zostawiasz trudy za sobą, a jednocześnie pomagasz sobie w zawsze żywych traumach. To kino o wyrozumiałości, miłości natychmiastowej. Film o tym, że lepiej być speszonym przy kimś, niż swobodnym bez tej osoby, lepiej być w napięciu z kimś niż zrelaksowanym samemu.
Fragment wypowiedzi p. Wiesława Myśliwskiego pochodzi z: https://kwartalnikwyspa.pl/dotkliwosc-pisania-rozmowa-z-wieslawem-mysliwskim/