
Tak bardzo chciałam obejrzeć ten film od kilku dni, ale zapomniałam tytułu. Wpisałam więc w wyszukiwarkę: „sci-fi, podróż w czasie, reżyser na S”. I… znalazłam. Okazało się, że chodzi o bardzo świeży film dostępny na Disney+. Swoją drogą – pamiętacie jeszcze czasy, gdy Disney+ w naszym regionie, kraju trzeciego świata, nie był dostępny? Brzmi jak dawne dzieje, a minęły zaledwie cztery lata.
Jest to film fantastyczno-naukowy, jest o zmienności i stałości czasu, choć bez bezpośrednich wątków związanych z podróżą w czasie, a reżyser faktycznie nazywa się na S-, a kończy na -tanton. Andrew Stanton to ciekawa fabryka, scenarzysta i producent takich hitów jak niektóre części Toy Story, Monsters Inc. (Potwory i Spółka), Finding Nemo, Wall-e. Hity wszech czasów. Zazwyczaj, gdy reżyseruje, pisze też do nich scenariusz – choć tych na koncie ma jeszcze więcej.
“In the Blink of an Eye”, “W mgnieniu oka” to jest baśń. I trochę żałuję, że nie obejrzałam jej razem z moimi nastolatkami – one zawsze mają ciekawsze ode mnie spostrzeżenia, gdy rozmowa schodzi na relacje, emocje i sens życia. Baśń w niestandardowym znaczeniu, rozpostarta na przestrzeni ponad 45 000 lat. Film splata trzy momenty z historii ludzkości – prehistoryczną rodzinę neandertalczyków, panią naukowiec badającą szczątki człowieka z tych odległych czasów oraz nieśmiertelną istotę transportującą nowe pokolenia do systemu Keplera (nie znalazłam informacji, by taki system istniał dziś, ale ogranicza nas tylko wyobraźnia – i ewentualny brak wiary, że kiedyś może to być prawda). Te trzy historie, jedna w kulturze prymitywnej, druga dziejąca się w cywilizacji, jaką znamy dziś i trzecia odległa nam technologicznie, mają to samo przesłanie.

Oglądamy naszą 4-osobową, osamotnioną rodzinę prehistoryczną, zmagającą się z pozyskiwaniem jedzenia, wychowaniem zdrowych i wykarmionych dzieci oraz przypadkami losowymi, a jednocześnie próbującą umknąć wpływowi żyjących w bezpiecznych skupiskach homo sapiens. To jest rodzina bliska, taka sama jaką chcielibyśmy znać i doświadczać teraz, troskliwa, komunikująca się, dbająca o swoich, emocjonalna w radościach i smutkach.

W drugim momencie poznajemy panią naukowiec w kryzysie wieku średniego, w tej roli Rashida Jones (poproszę o więcej Rashidy na ekranie każdego rozmiaru, tak ją lubię!), balansująca między karierą zawodową, która jest jej pasją, budowaniem potencjalnego związku i przeżywającą trudne odchodzenie chorej matki. Jej zagubienie oddaje tak bliskie nam bieżące kłopoty budowania trwałych i satysfakcjonujących, a nie jedynie interesownych relacji.

I trzecia rzeczywistość odległej przyszłości, gdzie przeżycie rodzaju ludzkiego jest zakładem o wysokim ryzyku bazującym na czystości intencji i zrobieniu tego, co dla ogółu, nie jednostkowo, będzie najlepsze. Samotna Gra w Kręgle idzie więc w odstawkę, a wraca – dobrze nam znana w Polsce i w całym postsowieckim bloku – idea kolektywizmu. Co weźmie górę? Przypominam tylko, że to jest baśń, baśń z przekazem pokoleniowym. Tutaj polecam bardzo wsłuchać się w głos Rosco – AI, która wspiera główną bohaterkę w scenach przyszłości – to Rhona Rees, która może śmiało konkurować z głosem Scarlet z „Her”.
Film zaczyna się od cytatu z Sylvii Plath (tejże nieszczęśliwej od The Bell Jar) “Remember, remember, this is now, and now, and now.” I dla filmu ma to sens, bo każda pokazana w filmie teraźniejszość wydarza się właśnie teraz, jest tak samo istotna. Czego nie ma w filmie to dalszy cytat z Sylvii: “Live it, feel it, cling to it. I want to become acutely aware of all I’ve taken for granted.” Czyli “Przeżywaj to, czuj to, trzymaj się tego. Chcę stać się boleśnie świadoma wszystkiego, co dotąd brałam za oczywiste.”
To przesłanie daje nadzieję ludzkości i pewną ulgę w czasach, gdy nawet wizja trzeciej wojny światowej wydaje się jedną z możliwych przyszłości. Oglądajmy więcej baśni. Bardzo polecam.