
To jest film o matce, która nie ma już żadnych zasobów, a mimo to nie przestaje funkcjonować. Mary Bronstein opowiada historię kobiety doprowadzonej do granic psychicznej wydolności i robi to niemal bez chwili oddechu.
Oglądałam ten film w dużym napięciu. Bliski kadr i nierealna, coraz trudniejsza rzeczywistość bohaterki sprawiają, że zaczynamy wątpić, czy to, co się dzieje, dzieje się naprawdę, czy tylko w jej chorej wyobraźni. Do tego dochodzi wszechogarniające poczucie niesprawiedliwości i presja, pod którą Linda, grana przez Rose Byrne, znajduje się nie z własnej winy.
To jest film zaskakujący, obejrzałam go na Festiwalu Filmów Amerykańskich, łapiąc ostatnie dostępne miejsca. Siedziałam w drugim rzędzie i film zrobił na mnie niesamowite wrażenie – chyba również przez tę bliskość ekranu. Tam wiele się dzieje w zbliżeniu i to takim, że widać aktorce pory na skórze, jej poruszające się usta, drgającą powiekę. To jest rola, o której mogłaby marzyć naprawdę każda aktorka. 90% czasu ekranowego zajmuje właśnie Byrne, każda scena jest jej. A narracja prowadzi nas szczegółowo przez jej zewnętrzne i wewnętrzne życie – spocone, rozedrgane, przemęczone i nieustępliwie napierające. Gęstość charakteru tej bohaterki, gęstość sytuacji, w których ją widzimy, relacji, które zbudowała i próbuje utrzymać przy życiu, samej nie popadając w ostateczny obłęd, jest powalająca.

Tak, Rose Byrne to jest aktorka przedziwna, dramatyczna. Można ją kojarzyć z rolami komediowymi, choć każda z nich miała pazur, miała niepokojący cień czający się za graną postacią. W „Kopnęłabym Cię, gdybym mogła” jest tylko mrok, choć tak bardzo razem z bohaterką doszukujemy się jakiegokolwiek, dającego choć najmniejszą nadzieję światełka.
Pierwsze sceny filmu są mylące. Miałam wrażenie, że to będzie film o niewidzialnym dziecku. Wyobrażonym, że bohaterka z nim rozmawia, że to dziecko jest złowrogie, niewidzialne a słyszalne, i wciąga naszą Lindę w spiralę odrealnionej udręki. Okazuje się, że to około 9-letnie dziecko istnieje, co mroku nie rozpędza w ogóle. Myślałam, że bohaterka konfabuluje to dziecko, ale fakt, że jej córka istnieje, jest bardziej deprymujący i daje historii większy ciężar niż gdyby była jedynie emanacją tęsknoty czy traumy. W skrócie Linda, nasza Rose Byrne, jest terapeutką i wozi na sesje karmienia do szpitala swoją córkę. Dziecko odmawia normalnego przyjmowania posiłków i to jest główny problem naszej bohaterki. Główny, bo wokół niego kręcą się elementy jej chaotycznego życia. Nie jest to problem jedyny. Linda jest sama, mąż w delegacji, na dodatek w jej domu zawala się sufit, co wymusza przeprowadzkę do motelu. Jako terapeutka próbuje pomóc swoim pacjentom, ale pod ciągłą presją samotnego zajmowania się córką i prób sprostania nierealnym oczekiwaniom Linda sama zaczyna potrzebować pomocy. I szuka jej na swoje pokraczne sposoby.

Mary Bronstein wyreżyserowała film i napisała scenariusz (inspirowany jej przeżyciami), ma na koncie razem z „Legs” cztery tytuły, a za ten ostatni pokaźną stertę nominacji i nagród festiwalowych. Ta pani chyba dopiero się rozgrzewa, więc oczekuję więcej i mocniej. Sama zresztą lubi pojawiać się w swoich filmach.
Plakat filmu, na którym Rose wpatruje się z nadzieją w górę, jest niepokojący i kojarzy mi się z filmem Maria Łaski Pełna. Tam akurat o szmuglowaniu narkotyków do Stanów. To skojarzenie naprowadza mnie na myśl, że i jeden i drugi film eskaluje beznadzieję sytuacji. Bohaterki wpatrują się w niebo z nadzieją, oczekując może jednak tym razem czegoś lepszego. Mogę zrobić mały nieszkodliwy spojler „If I had legs I’d kick you”. Linda – po nieudanych własnych sesjach terapeutycznych, pacjentach, którym nie może pomóc, zawalonym suficie, wypiciu hektolitrów wina zajadanego preclami i wzmacnianego blantami, w całej tej beznadziei i niewyobrażalnym oglądanym ze zbyt bliskiej perspektywy napięciu jest niepokonana. Życie ją tyra, ona daje się szarpać nieustępliwym falom oceanu, staje im naprzeciw za każdym razem i nie daje się im pochłonąć, życie wypycha ją na powierzchnię.

Polecam tym, którzy chcą zobaczyć kawał dobrego aktorstwa i poczuć ulgę, że nie mają takich problemów jak bohaterowie filmu.
Dobre, gęste kino.