The Life of Chuck (2024) & Train Dreams (2025)

To dwa filmy, które obejrzałam w którkim odstępie czasu.

Choć tematycznie są od siebie odległe, to uznałam, że jednak łączy je nić widmo i wzajemnie się uzupełniają.

Życie Chucka, 2024, z Tomem Hiddlestonem, zaskakująco oparty na opowiadaniu spod pióra firmy pisarskiej Stephen King. Żaden to sarkazm, raczej trudno w sumie po tej ekranizacji uwierzyć, że to Kinga, bo narracja, przy wiodącym wątku katastroficznym porusza się z wielką gracją po subtelnościach relacji, życia, wyborów. Stąd zaskok z Kingiem.

W każdym razie – romantyków ten film uwiedzie nie mniej niż umysły ścisłe, nie mówię, że to są osobne grupy, raczej kolory osobowości, do jakiej przekaz filmu może trafić z równą skutecznością. 

Nasz Bohater grany przez Toma Hiddlesona, Chuck, choć wielokrotnie wcześniej widziany na enigmatycznych billlboardach z podziękowaniami, fizycznie jako osoba pojawia się w 39 minucie filmu, w wielku 39 lat. Jak Tom wygląda każdy wie, dopracowany klasyczny ubiór, pewny krok, elegancja tak samo nieskończona jak przyjemność z oglądania go, gdy kroczy lub siedzi na ławce. O tańczeniu nie wspomnę, bo oprócz tego, że przyłapujemy naszego ulubionego księgowego w dniu tak powszednim jak i przewidywalnym, to jednak wydobywa się tam na powierzchnię pod wpływem impuslu, usłyszanego dźwięku to, co Chuck zawsze kochał i co sprawiało mu wielką radość. Widzimy go w momencie, gdy tę radość sobie spontanicznie serwuje zapraszając do tańca na ulicy przypadkową partnerkę.

Dopiero od tego momentu dowiadujemy się w retrospektywie o Chucku więcej, skąd nauczył się tańca i dlaczego został księgowym, jaka jest jego przyszłość i przeszłość, gdzie był i dokąd zmierza. W perspektywie kalendarza Sagana, który chronologię powstanie tego, co znamy i umiemy nazwać, zamyka na linii postępującego roku, życie Chucka to tylko błysk, chwila w życiu naszej planety, trudno, aby jego życie było w ogóle zauważone. A jednak nikt nie odwraca od niego wzroku ani uwagi, jego życie pozornie wygląda jak spacer w parku, a okazuje się, że nieuchronnie powiązanie jest z trwającą już dla niektórych i nieuniknioną katastrofą.

Tom, idealny na romantyczne posiadówki w miniserialu z 2022 z Claire Danes The Essex Serpent, w którym czucie walczy z nauką, a Tom stoi pośrodku rozdarty, usiłuje podążać za tym, co właściwe. Oraz niezrównany u Jima Jarmusha z Tildą Swinton w parze w “Tylko kochankowe przeżyją”, doskonały w warstwie audio-wizualnej. Bardzo zapraszam do tego filmu – ja go widziałam w lecie na otwartym powietrzu w Toruniu w ruinach zamku krzyżackiego. To wzmaga sentyment na pewno.

Reżyserem Życia Chucka jest Mike Flanagan, człowiek który bardzo lubi realizować horrory, żadnego nie widziałam, ale pewnie tytuły jak Absentia czy The Fall of the House of Usher (tym razem adaptacja opowiadania Edgara Allana Poe) mogą Wam więcej niż mi powiedzieć.

Wracając do dzisiejszych filmów jednak – zarówno wątek głębi ludzkich relacji jak i cały film Train Dreams jest czymś czego kosmiczny kalendarz Sagana choć tak pojemny, pomieścić nie może. 


Bohater Train Dreams, grany przez Joela Edgertona,  poszukuje swojego miejsca na ziemi. Towarzyszymy mu w zdefiniowaniu, w jak wielkiej prostocie można odnaleźć szczeście, i jak to szczęście w sposób nieusprawiedliwiony można utracić. 


Główny botaher ma rodzinę, plany, pracuje tylko po to, aby wracać do domu i niestety tkwimy razem z nim w napięciu, że to co kocha najbardziej zostanie mu odebrane. A jego dni ulegną jeszcze większemu uproszeniu. 


Trudno nawet opisać jak pięknia kinematografia towarzyszy temu filmowi, to jest jak oglądanie fotosów, kart z podróży, tych momentów, które trzeba zapamiętać, bo żaden aparat ich nie uchwyci w ich naturalnym pięknie. Bogactwo obrazu wspaniale tu współgra z oszczędnoscią słów. Joel Edgerton i Felicity Johnes dają tu popis pięknej relacji, a nie mniej do całej historii wnoszą postaci drugo- i przecioplanowe, jak Kerry Condon czy William Macy. Jak ktoś chciałby obejrzeć Joela Edgertona w podobnie introwertycznej odsłonie, ale w filmie z robotą policyjną, nie tam SWAT, tylko żmudna praca undercover gdzieś na australijskiej prowincji, to polecam “The Stranger” z 2022. 


Train Dreams wyreżyserowane i o scenariuszu współnapisanym przez Clinta Bentleya, młodega typa, który na swoim koncie filmowym jak na razie ma 4 pozycje, w tym razem z Train Dreams dwie nominowane do przynajmniej jednej kategorii oskarowej. Dobra statystyka.


Train Dreams to film nietuzinkowy, idealnym do włączenia na listę must see 2026. Sny o Pociągach i The life of Chuck warto obejrzeć, nie będzie to czas stracony, a zainwestowany we wrażliwość.